poniedziałek, 1 września 2014

Za wysokie wymagania.


Od około 3 miesięcy noszę się z zamiarem wyprowadzki.  Po obejrzeniu ok 10 mieszkań/pokoi doszłam do wniosku, że albo coś ze mną jest nie tak (mam za wysokie wymagania), albo inne czynniki (może uroda i miły wyraz twarzy) przeszkadzają mi w znalezieniu czterech kątów, do których przyjemnie byłoby wracać po pracy. 
Dziś po kolejnej nieudanej próbie wynajmu 16 metrów kwadratowych, zwątpiłam. I to na tyle, że jestem w stanie rzucić pracę i przenieść się na odległą o 30 km wieś, by tam przy dźwiękach palonego w piecu kaflowym drzewa, delektować się spokojem i obecnością psa demona. Jedynie spędzane tam noce, mogą w mojej wyobraźni przypominać te z najgorszych horrorów. 
Postanowiłam Wam opisać to, co mnie spotkało w ciągu 2 miesięcy poszukiwań gniazdka idealnego. Oto przed Wami: MIESZKANIOWE PERYPETIE KAMILI B.
Mieszkanie nr 1. Studenckie. Cztery pokoje, trzech lokatorów.  Mój przyszły pokój posiada małe okno z widokiem na smutne skupisko szarych wieżowców. Ściany pokoju są w kolorze brudnej, zgniłej zieleni. Dla dopełnienia efektu "dżungli" na jednej z nich naklejono fototapetę z wizerunkiem ciemnego lasu. Swój wzrok kieruję na podłogę. Jej powierzchnia pokryta  jest linoleum (brudne i ciemnobrązowe, we wzór imitujący parkiet) pamiętające czasy PRL..Gdzieś w kącie leży jeden grosz.  Pozostawiony chyba tak na szczęście dla przyszłego lokatora. Pytam dziewczyny, która mnie oprowadza:
-  „Kto tu mieszka?”
Uzyskuję odpowiedź:
- "Ja i  dwóch chłopaków, ale jeden z nich nie pojawia się tu od 2 miesięcy".
Pragnę jak najszybciej opuścić to miejsce i nigdy nie wrócić. Żegna mnie widok obskurnych obitych skórą drzwi, z wygryzioną na środku dziurą. Uciekam.
Pokój nr 2. Mieszkanie studenckie, liczba pokoi 4. Podoba mi się duża szafa i toaletka. Minusy- stare okna, przez które prawdopodobnie zimą wiatr hula po pokoju. Dostrzegam taśmę izolacyjną gdzieś przy górnej framudze. W pewnym momencie moja przyszła, niedoszła współlokatorka nawet mnie rozbawia pytaniem:
- „ Masz chłopaka?”
Odpowiadam, że mam. Moja odpowiedź ją satysfakcjonuje. Mówi:
- "A widzisz jest duże łóżko. Będziesz zadowolona".
Jak miło, dziewczyna od pierwszych minut naszej znajomości dba o moje relacje z chłopakiem. 
Pytam jej, jak wygląda sprawa sprzątania. Czy jej koledzy się nie buntują gdy przychodzi czas na uprzątnięcie bałaganu? I tu słyszę:
- "Ostatnio jeden z chłopaków nie chciał sprzątać, dlatego szukam dziewczyny jako współlokatorki, faceci są zbyt problemowi".
Moje kolejne pytanie brzmi:
- „A jak wygląda sprawa imprez?
Jej  odpowiedź znów mnie rozbawia, ale nie satysfakcjonuje.
- "Imprezy – spoko. Możesz śmiało je organizować. Ja w swoim pokoju nic nie słyszę". Wychodzę i dochodzę do wniosku,  że jestem za stara na mieszkanie studenckie.
Pokój nr XXX- Ogłoszenie brzmi fajnie, zdjęcia mieszkania też są ok, cena przystępna i liczba lokatorów do mnie przemawia.  Dzwonię pod wskazany numer, nikt nie odbiera. Próbuję raz, drugi, trzeci i nic. Zmieniam telefon na mamy, myśląc, że to coś z moją komórką jest nie tak. Kilka godzin później moja rodzicielka informuje mnie o telefonie od nieznajomego Pana. Znów próbuję się z nim skontaktować bez skutku. Piszę więc sms z pytaniami:
- „Kto mieszka w mieszkaniu? Czy jest Internet?”
 O dziwo! Pan odpisuje. Prawie wszystko wydaje się ok. Nawet informacja o tym, że lokatorem jest  dwudziestoparoletni chłopak mnie nie przeraża. Stawiam się o umówionej godzinie pod drzwiami mieszkania i ...całuję klamkę. Kilka minut później na klatce schodowej pojawia się trzydziestoparoletni mężczyzna, który nie chce mnie wpuścić do środka, póki nie sprzątnie bałaganu. Nie pozostaje mi nic innego jak  cierpliwie poczekać. Po chwili drzwi się otwierają, a moim oczom ukazuje się mieszkanie IDEALNE. Pierwszy raz od x czasu jestem zachwycona. Na drugi dzień oddzwaniam i mówię, że jestem zdecydowana. Proszę tylko o dokładną cenę z rachunkami, aby potem przy rozliczaniu się nie było niespodzianek. Moja dociekliwość nie prowadzi do niczego dobrego. Pojawiają się schody. Pan nie wie ile wydaje na ogrzewanie, gaz i prąd. Zapewnia mnie, że to sprawdzi w ciągu kilku dni,  po czym pyta:
- "Czy  mój chłopak nie będzie zazdrosny?"
 odpowiadam , że "Nie. Nie ma o co". Pan ma oddzwonić, kolejnego dnia. Niestety nasz kontakt się urywa. 
Przygoda z kolejnym mieszkaniem jest moją ostatnią, którą tu opiszę. Przeglądając ogłoszenia, znalazłam po raz drugi mieszkanie IDEALNE. Blisko rodzinnego domu i chłopaka. Lokum świeżo po remoncie, w bardzo rozsądnej cenie. Jestem zainteresowana. Jedynie Pan, który zajmuje się sprawami wynajmu, wydaje się trochę nieogarnięty, może zapracowany. Prosi mnie abym oddzwoniła w poniedziałek, czyli dziś. Po konsultacjach z bliskimi decyduje się na wynajem całego mieszkania. Przynajmniej w tym jednym wypadku wiem na co będę przeznaczać połowę swojej wypłaty.  Dzisiejszego ranka, pełna nadziei, dzwonię. Pan odbiera i oświadcza mi, że niestety, ale żona wynajęła mały pokój i został ten drugi, większy.  Grzecznie (a może z irytacją w głosie) tłumaczę mu, że po pierwsze nie taka była umowa, po drugie chcę wynająć całe mieszkanie. W końcu po kilku minutach dochodzimy do konsensusu. Jestem zdecydowana tam zamieszkać i godzę się nawet na lokatora w postaci licealisty. Przemiły Pan obiecuje, że żona oddzwoni wieczorem i dogada ze mną szczegóły. Dzisiejszy wieczór się kończy, a telefonu jak nie było, tak nie ma. 

Nie wspomnę tu o  moich rozmowach telefonicznych w sprawie wynajmu, gdzie okazywało się, że w mieszkaniu nie ma pralki, a "wszystkie media" (oznaczają prąd i gaz). Wybaczam to właścicielom mieszkań pod wynajem. Przecież Białystok to Polska B. Pralka do życia nie jest potrzebna, zaś internet to luksus, który nie dany jest każdemu. 






kombinezon/jumpsuit - ZARA, naszyjnik/ necklace - CARRY, buty/shoes - SINSAY, torebka/bag- sh.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Dbajmy o przyjaciół.

Od około miesiąca mam w głowie pustkę. Jest ona na tyle uciążliwa, że mój neurolog przepisał mi tabletki na pamięć i koncentrację. Ów zaćmienie powoduje też zmniejszoną aktywność na blogu. Dziś po spotkaniu z kuzynką i wypiciu potężnej ilości białej czekolady, moje częściowe zatwardzenie intelektualne minęło na tyle, aby napisać parę zdań tym jak należy dbać o przyjaciół i więzi, które z nimi łączą.
Moja grupka przyjaciół zawęziła się dość znacznie w ciągu ostatnich lat. Niektórzy niewytrzymali moich wahań nastrojów, spowodowanych przykrymi doświadczeniami. Inni dali mi wsparcie.  Jeszcze inni, odeszli z powodów dość błahych, np. znalezienia partnera życiowego. Grono moich przyjaciół ogranicza się w większości do osób, które nie mieszkają w moim mieście. To ludzie, którzy pamiętają o przysłaniu mi czekoladek z drugiego końca Polski i wysłaniu kartki na urodziny/święta. Ich mieszkania i domy stoją dla mnie otworem, np.  nie ma problemu, gdy samolot z Warszawy odlatuje nad ranem, a dojazd z Białegostoku jest utrudniony i potrzebny jest nocleg. 
Problem nie istnieje w sytuacjach, gdy dostaje zaproszenie na męski wieczór i nie chcę być jedyną dziewczyną. Dzwonię do osoby, którą kilka lat temu nie podejrzewałam o ludzkie odruchy, a Ona zwarta i gotowa stawia się po 30 minutach u mnie w mieszkaniu, następnie już na imprezie sprawia, że poznaję kogoś wartego uwagi.
Przyjaciele czasem podrapią po pleckach i pociągają za włoski, bo wiedzą jakim pieszczochem jestem.
Bywają chwile, gdy przyjaciel/ przyjaciółka zawala. Kontakt z taką osobą staje się utrudniony, mimo to jej/ jego konto na instagramie jest aktualizowane co 2 godziny. W tym wypadku masz dwa wyjścia z sytuacji. Możesz poczekać aż szczęśliwy czas minie (uprzedzam może to trwać długo), ewentualnie jaskrawą, grubą kreską odkreślić to co Was łączyło.  


 Sytuacje opisane wyżej, zdarzyły się naprawdę, a osoby w nich uczestniczące są bliskie mojemu sercu. 


sukienka/dress - sh,  koszyk/ basket bag - sh, naszyjnik/necklace - stradivarius, zamszowe szpilki/ suede heels - Zona Zero

sobota, 26 lipca 2014

Oaza.

Do niedawna szukałam swojego miejsca na ziemi. Przejrzałam miliard ogłoszeń dotyczących wynajmu pokoi. Obejrzałam kilka mieszkań rodem z PRL. Zwątpiłam. W takich chwilach wyjazd do S. okazuje się jedynym  ratunkiem dla mojej zmęczonej poszukiwaniami czterech kątów duszy. Wybieram 90metrowy dom z mrówkami, które co roku o tej samej porze opanowują pół domu. Na nic ich gazowanie, trucie proszkami w kolorze wściekłego różu, przyjdzie sierpień i zimne noce a towarzyszki mojej doli znikną. Oprócz mrówek jest też stado komarów i nieskoszone podwórko. Wybieram miasteczko pełne plotek i dziwnych zwyczajów z sąsiadami, którzy wiedzą "wszystko o wszystkich". Czasem wieczorami ukrywają się między kwiatami, obserwują kto wjeżdża na moje podwórko. 
Wyjeżdżam z miasta w piątkowe popołudnie. Zabieram chłopaka, który po tygodniu ciężkiej, merytorycznej pracy marzy o zimnym piwie i chwili spokoju oraz psa dla którego każdy wyjazd poza miasto to kolejna przygoda. Czasem wpadają moi znajomi, rozpalamy ognisko, słuchamy rechotu żab, walczymy z komarami jeśli "Antybzzz" nie działa. Na drugi dzień leczymy kaca i wspominamy nocne harce. A gdy przychodzi koniec weekendu, idę do sąsiadki po 20 par jajek od kur, które z radością skubią zieloną, niespryskaną chemicznymi środkami trawę. Pakuję rzeczy, wsiadam za kierownicę samochodu. Po pół godzinie jazdy samochodem, wracam do mieszkania, w którym czeka mama z obiadem i narzekający tata. Siadam wygodnie na kanapie i odliczam dni do kolejnego wypadu gdzieś za miasto.
  
 fot. Omnium- Projektowanie graficzne i fotografia

sukienka/dress- MOHITO, torebka/bag -H&M, 
marynarka/ jacket - sh, sandały/sandals - Zona Zero, okulary/sunglasses- RESERVED MEN

piątek, 4 lipca 2014

Mundialowe rozterki


Od lat jestem wierną fanką siatkówki, za piłką nożną nigdy nie przepadałam. Pewne przewrotne wydarzenie sprawiło, że od jakiegoś czasu chcąc czy nie, ta dyscyplina sportowa stała się częścią mojego nowego, lepszego życia, np. jadąc PKS-em nad morze, musiałam przyjąć do wiadomości fakt, że około godziny 21 transmitowany będzie jeden z meczy LIGI MISTRZÓW. Moim zadaniem była modlitwa o dogodne połączenie z wifi. Czy miałam coś przeciwko, aby mój współpasażer cieszył się z każdego gola drużyny, której kibicował? Raczej nie, korzystając z okazji zasnęłam.
Moja piłkarska wiedza dotyczy ilości i rozmieszczenia bramek na boisku oraz definicji spalonego. Wiem też że co 4 lata rozgrywają się Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. Na czas tego wielkiego, piłkarskiego święta wg. wskazań moich kolegów oraz mnóstwa demotywatorów, kobieta ma znaleźć miejsce wygodne, zaciszne, a co najważniejsze położone jak najdalej od odbiornika, który transmituje mecz. Kobieta vs. piłka nożna to poważny i bardzo popularny problem! My - kobiety jesteśmy kreowane na zaborcze, pełne piłkarskiej nienawiści istoty. Czy rzeczywiście tak jest? Prawda leży po obu stronach, dlatego poniżej podaję kilka cennych rad dotyczących tego, jak przetrwać MUNDIAL i nie zniszczyć związku.
Jeśli nie jesteś fanką piłkarskich zmagań, nie widzisz zalet w oglądaniu przystojnych piłkarzy, powinnaś sobie znaleźć inne zajęcie. Skorzystanie z chwili wyłącznie dla siebie, to dar od niebios. Możesz wyjść z koleżankami na drinka, ewentualnie poczytać książkę, zadbać o siebie. Jeśli jesteś zapracowaną matką, powinnaś wziąć urlop, pojechać na upragnione wakacje. Dzieci zostaw teściowej, mamie ewentualnie mężowi, który w przerwach poszczególnych rozgrywek zadba o rodzinę ;) Jeśli mecz piłki nożnej nie wywołuje w Tobie negatywnej fali emocji, jest to idealny czas na scalenie Twojego związku. Kup piwo, chipsy, usiądź z ukochanym na okupowanej przez niego kanapie i obejrzyj choć jeden mecz. Zobaczysz, że "urośniesz" w jego oczach do rangi tej "idealnej". Nie będzie skarżył się kolegom na swoją wredną, nietolerancyjną dziewczynę.
Może zdarzyć się tak, że będziecie razem z mężem/chłopakiem/narzeczonym dzielić jedną małą przestrzeń. Przyjdzie czas meczy, ty zechcesz obejrzeć rozgrywki siatkówki, on z kolei wybierze piłkę nożną. Wtedy w życie wprowadźcie słowo "KOMPROMIS". Moja wizja pójścia na ustępstwo wygląda mniej więcej tak: oboje siedzicie na tej samej zdezelowanej kanapie, każde z własnym laptopem, zakładacie na uszy słuchawki i delektujecie się cudowną chwilą bycia razem przy jednoczesnej możliwości obejrzenia tego co planowaliście. Jeśli nie posiadacie dwóch laptopów, telewizorów wtedy kobieto miej serce, niech Twój wybranek idzie z kolegami do pubu gdzie transmitowany będzie mecz. Wróci na pewno a jeśli nie, oznaczać to będzie, że nie wart był Twojego serca i całej mundialowej gorączki. 

 
 



sukienka/dress - atmosphere outlet, zamszowe szpilki/ suede heels - vintage, pasek/belt- H&M, kolczyki/earrings- H&M, torebka/ bag - vintage

niedziela, 8 czerwca 2014

Otwartość.

Osoby, które znają mnie nie tylko poprzez czytanie bloga, wiedzą z jaką łatwością nawiązuję relacje międzyludzkie. Ostatnio zastanawiałam się skąd na dobrą sprawę wziął się we mnie ten niezwykły dar. Czy to geny? Czy wyuczenie?  
Będąc trochę młodszą, nie lubiłam rozmawiać. Byłam tzw. milczkiem. Z biegiem lat moja gadatliwość i pokazywanie tego, co czuję, wzrastało. Co raz bardziej widzę jak jestem podobna, (choć w tej jednej kwestii) do swojej mamy. Która dla przykładu, w ciągu dwóch godzin pobytu w Szczecinie, zdobyła grono znajomych. W konsekwencji tego spędziłyśmy z nimi cudowny tydzień. 
Czasem zdarza się mi milczeć. Pamiętam, jak 8 lat temu znajomy znajomego, zachwycony moją gadatliwością zaprosił mnie na studniówkę. Okazało się wtedy, że nie zawsze jestem skora do rozmów, że są osoby, które mnie peszą. Za tą studniówkę tutaj w tym miejscu oficjalnie przepraszam. Kolejnym takim przykładem są ćwiczenia na studiach. Kiedy to znając odpowiedzi na zadane przez wykładowcę pytania, nie miałam ochoty na ich wypowiadanie. Dlaczego?  Powód był podobny do tego ze studniówki. Dopiero na 5 roku studiów znalazłam metodę  na moją "blokadę" w postaci zmiany grup ćwiczeniowych. 
Pamiętam swój pierwszy dzień na wolontariacie w jednej z instytucji kultury. Jedna z pracujących tam pań oceniła mnie jako "wygadaną". Wówczas nie wiedziałam czy  mam to uznać za komplement czy obrazę. Postanowiłam jednak, że się nie zmienię, a z tą Panią zaprzyjaźnię. 
Aktualnie pracując z ludźmi, wśród ludzi nie zamykam się w sobie. Cieszę się każdym przegadanym dniem.  Nie ukrywam swoich uczuć i odczuć i tego samego oczekuję od swoich bliskich. Gdy coś mnie boli i przeszkadza, staram się o tym mówić. Choć czasami bywa trudno. Gdy coś mnie cieszy, mówię o tym. Mówię, kiedy mi na kimś zależy, kiedy kogoś lubię, gdy coś mi sie podoba nawet jeśli jest to sukienka znajomej, za którą nie przepadam. Wiem, że dzięki otwartości można zajść daleko, a moje "wygadanie" to bardziej zaleta niż wada.

PS. Od środy jestem posiadaczką aparatu na zęby, a dokładniej na podniebienie. Nie mogę mówić, ani jeść. Chyba właśnie to skłoniło mnie do napisania tej notki. Pierwszy raz w życiu nie mam ochoty na spotkania z bliskimi czy też rozmowy, przez skype. Ograniczyłam kontakty do tych na facebooku i poprzez smsy.  Mam nadzieję, że niedługo to się zmieni, inaczej kolejne posty będę tworzyć z sali oddziału psychiatrycznego.   Życzcie mi powodzenia.


 koszula/shirt- bershka, spodenki/shorts - sh,  torebka/bag - six, okulary/sunglasses- CARRY, zamszowe szpilki/ suede heels - DIDER.